piątek, 18 maja 2012

Księga strachów (1967)

Dobrze znana fanom Pana Samochodzika trójka harcerzy śpiewa w tej książce:

Przygodo, gdzie jesteś? O sobie daj znać...

I te słowa mogą – dzięki odpowiedniej interpretacji – służyć za pewnego rodzaju klucz przy analizie Księgi strachów. W przeciwieństwie do poprzednich powieści z cyklu, więcej tu sensacji, a znacznie mniej przygody. Czyli: mniej szukania skarbów, tajemnych przejść i podziemi, a więcej napadów, zasadzek itp. Znamienna jest też polemika narratora z serią książek i filmów o Jamesie Bondzie. Gdyż Księga strachów ma z nią całkiem sporo wspólnego. Czy to źle?

Początek jest imponujący. Pierwsze rozdziały wbijają w fotel, nie pozwalając na oderwanie się od lektury. Symbolem towarzyszącym nam przez całą książkę są szachownice – świetny pomysł. Mają one w sobie przecież coś zagadkowego. Symbol ten był jednym z elementów herbu rodu Von Haubitzów, skarbów których poszukuje w okolicy kilka osób. Jednakże tak samo, jak bohaterowie tracą wiarę w jakiekolwiek znaczenie tych znaków, tak i czytelnik może stracić zainteresowanie akcją Księgi strachów. Bohaterowie mogą wręcz zirytować pobieżnym badaniem szachownic, zachowują się bowiem tak, jakby brali udział w zwykłej wycieczce. Gdzie podział się zapał Pana Samochodzika, jego skrupulatność i dokładność? Również nie najlepiej jest tym razem – do czasu – ze sprytem bohatera. To wszystko powoduje, iż spora część książki jest zwyczajnie nudna. Na szczęście ostatnich kilkadziesiąt stron wraz z naprawdę niezłym i zaskakującym zakończeniem zacierają nieco to złe wrażenie.

Wyżej zacytowane słowa można znaleźć nad 154. stronie książki (z 223!). I na tym polega problem z Panem Samochodzikiem i dziwnymi szachownicami, jak nazwało tę pozycję wydawnictwo Warmia. Z jej fabułą jest trochę jak z niektórymi partiami szachów właśnie. Po imponującym początku zbyt długo trzeba czekać na jakieś poważniejsze ruchy.

Ocena: 7/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza